Myślę, że chyba nie muszę robić osobnego postu o muzyce tego pana, bo wszyscy raczej go znają. Ale chciałam się z wami jego utworami, które szczególnie lubię i wczoraj były obowiązkowo słuchane. Oto i fragment playlisty:
![]() |
| źródło: [unsplash] |
![]() |
| źródło: [unsplash] |
Postanowiłam pójść w ślady Frau Be i zacząć tworzyć art journal. Ze swoją eee... "twórczą" działalnością, zdecydowałam się wystartować, o ironio - w Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Dlaczego "o ironio"? Otóż dlatego, że ja wcale nie jestem szczęśliwym człowiekiem, choć z zewnątrz, jak najbardziej na kogoś takiego wyglądam. Dobrze udaję; wrodzony talent i lata praktyki robią swoje, hłe hłe.
Uznałam, że na art journal poświęcę kołozeszyt MILAN 430 w formacie A5. Ma osiemdziesiąt kartek, ale nie jestem pewna, czy wystarczy mi czasu, aby zapełnić wszystkie strony. Nie ukrywam, że chciałabym, żeby się udało i żeby wyszły chociaż trochę ładne - w ten sposób, zostawiłabym Mamie po sobie coś miłego, jak sądzę.
Wraz ze zwiększającą się ilością częściowo wyklejanych obrazków, zeszyt będzie pęcznieć - być może, wręcz "napuchnie". Właśnie dlatego wybrałam taki na "sprężynce", a nie z szytym, czy klejonym grzbietem. Mam wrażenie, że kołozeszyt lepiej się nadaje, aby to wszystko pomieścić.
Poniżej, prezentuję coś, co stworzyłam na szybko, po powrocie do domu. Wykorzystałam drobiazgi, które od dawna zalegają w mojej skrzyneczce, przeznaczonej do przechowywania ozdobnych papierów, taśm washi, czy naklejek. Na zdjęciu, elementy mogą wyglądać na nierówno przyklejone - jednak wszystko jest zrobione w miarę prosto. Ot, najzwyczajniej w świecie, strona się nieco podwija, a ja krzywo trzymałam aparat robiąc zdjęcie. Ale ono i tak jest najlepsze, spośród kilku innych.
Nie jestem jakoś specjalnie z siebie zadowolona, ale myślę, że tragedii też nie ma. Może kolejne strony będą lepsze? Cóż, zobaczymy, zobaczymy. W ogóle przyznam, że usiadłam do wyklejania nie tyle z pewną niechęcią, co z brakiem sił. Być może jakaś część mnie chciała, aby tworzenie tego art journalu stało się formą terapii zajęciowej. Kiedyś prace manualne, jak choćby haftowanie przynosiły mi chociaż odrobinę ulgi, jednak z tego co widzę, nie działa już nic. Tak też bywa.
A tymczasem, dajcie proszę znać, co o tym sądzicie. Chciałabym wiedzieć, co waszym zdaniem powinnam poprawić, co zmienić. Czy macie jakieś rady, wskazówki, cokolwiek.
~~O~~
Także tak... W dniu dzisiejszym, nieszczęśliwy człowiek życzy wam, abyście wy byli szczęśliwi. Niech los wlewa w wasze żyćka to szczęście bez opamiętania, bez konsultacji z lekarzem, lub farmaceutą - bo tego nie da się przedawkować, a działania niepożądane nie występują.
I jednocześnie chciałam zapytać - czym właściwie, jest dla was szczęście?
Do następnego!
W minioną niedzielę, otworzyły się u mnie całkiem piękne wrota do wymiaru LGBTQ - mogłam je podziwiać z górnego tarasu, usytuowanego po wschodniej stronie domu.
Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu - byłam w stanie, w jakimś malutkim stopniu cieszyć się tęczą. Trochę jak kiedyś, wiele, wiele lat temu, gdy byłam jeszcze dzieciakiem, nietkniętym przez nawracające epizody depresji.
~~O~~
W ostatnim czasie, udało mi się zdobyć trochę nowych książek - i to jeszcze "po taniości", także ta część mnie, będąca typowym "Januszem" na chwilę obecną jest usatysfakcjonowana. Dzisiaj pokażę wam kilka z nich. No i - może nie są to jakieś wielkie dzieła, ale "wchłonąć" je można.
Zdobyłam więc "Pocałunek Boga" Radosława Purskiego i "Kantatę" Klaudii Zacharskiej - obydwie w granicach dziesięciu złotych. Kolejne trzy książki, to już w ogóle hit - bo starocie, zaledwie po złotóweńce każda! Mam więc "Bunt w więzieniu" Kazimierza Koźniewskiego, "Urodzonych w dymach" Leona Wantuły i "Prawdziwy koniec wielkiej wojny" Jerzego Zawieyskiego. Te dwie ostatnie są naprawdę cieniutkie, takie do szybkiego przeczytania.
Na zdjęciu widać tylko cztery książki - jedną już zdążyła "porwać" moja mama i aktualnie nie mogę jej znaleźć (książki, nie matki XD). Jeśli cokolwiek z tego czytaliście, to dajcie znać, jak wrażenia.
~~O~~
Aktualnie, z głośników wydobywa się twórczość zespołu Toń - album "Korzenie". Nie, żebym była jakąś wielką fanką Toni - co jednak nie zmienia faktu, że od czasu do czasu, nawet lubię ich posłuchać. Z całej płyty, najbardziej podoba mi się "Niesława", a na drugim miejscu jest "Las, głaz, ćma". Jeżeli komuś odpowiada brzmienie jednocześnie dość mocne i oniryczne, to będzie całkiem niezła opcja na chłodne, jesienne wieczory.
~~O~~
Jak zapewne zauważyliście - póki co, zarówno piszę tu, jak i wpadam do was raczej rzadko. Nie ukrywam, że chciałabym mieć trochę więcej czasu na blogosferę, ale cóż - najpierw obowiązki, a dopiero potem wszystko inne. W tym miejscu niechętnie przyznam, że chyba dopada mnie przemęczenie; chwilowo jednak nie mam możliwości, aby zwolnić tempo i po prostu muszę przetrwać, bez narzekania.